Moje spotkanie z Jezusem Może daleko jesteś od Niego
Może zgubiłeś ścieżki Jego ślad.
Może w samotną ruszyłeś drogę
I nie wiesz, że Bóg ciebie zna.

Nie martw się - Bóg ciebie kocha,
On zawsze z tobą jest.
Podnieś swój zmęczony wzrok
I popatrz przed siebie.
Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz.
Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz.

To, co pisze, jest dla mnie, z jednej strony bolesne a z drugiej strony radosne. Odeszłam, w pewnym momencie, od Pana, straciłam najbliższą mi osobę na ziemi, ale otrzymałam bardzo wiele. Otrzymałam Jego miłość. Powiedział do mnie pójdź za mną. Idź i z miłością nieś krzyż dnia codziennego, nie poddawaj się. Idź i głoś moje Słowo. Niezmiernie cieszę się, że nie zamknęłam całkowicie mojego serca dla Pana Jezusa i otworzyłam je w odpowiednim momencie...
Moja droga do chwili obecnej obfituje w wiele wydarzeń: w chwile radości i smutku, upadków i zakrętów, ale właśnie ta droga jest dla mnie obecnością Jezusa Chrystusa. W pewnym momencie mojego życia nie zauważałam Go, a może nie chciałam zauważyć...
Dopiero dziś po wielu latach widzę ile musiałam nad sobą pracować, by powrócić do Pana, bym mogła od nowa Go pokochać i tak jak kiedyś, będąc dzieckiem bezgranicznie Mu ufać.
Przez kilka pierwszych lat mojego życia (odkąd zaczynam cokolwiek pamiętać) żyłam sobie, byłam kochana przez rodziców, przez Pan Jezusa - po prostu byłam szczęśliwa. Chodziłam do kościoła z rodzicami, na spacery z malutkim braciszkiem, przygotowywałam się do pierwszej Komunii Świętej. Byłam radosnym i pogodnym dzieckiem.
Bardzo kochałam i kocham nadal mojego tatusia (nie chce obrazić mamy, ale to On zawsze jakoś był mi najbliższy). Zawsze wiedział, co mi jest. Troszczył się o mnie jak mama leżała w szpitalu rodząc mojego braciszka, zabierał mnie do pracy - jak tylko mógł, bawił się ze mną, chodziliśmy na działkę. Uczył mnie jeździć na rowerze. Wyjeżdżał czasami w tygodniowe trasy i wracając bardzo zmęczony zawsze mi poświęcał choćby pół godzinki - zanim poszedł spać. Kochał mnie tak bardzo.
Mając 9 lat (1996r) przyjęłam Pana Jezusa i bardzo się cieszyłam, razem z moim tatą, z tego, że już Jezus zamieszkał w moim sercu.
Kochający tatuś, mama, mały braciszek, Pan Jezus w serduszku, cóż można było chcieć więcej... Byłam niezmiernie szczęśliwa
Ale niestety, ta radość trwała niewiele...
Pewnego popołudnia - a dokładnie była to wrześniowa niedziela 1996r - przyszła do nas straszna wiadomość... Mój tata zginał w strasznym wypadku samochodowym.
Nie potrafiłam i nie chciałam przyjąć tej wiadomości do siebie. Pamiętam jak nakrzyczałam na pana, który przyszedł nam to powiedzieć - a przecież nie był niczemu winny.
Po chwili zaczęłam krzyczeć nawet na Pan Jezusa i powiedziałam Mu, że już nigdy do Niego nie przyjdę, skoro jest taki okropny. Skoro zabrał mi najbliższą osobę tu na ziemi już mnie nigdy nie zobaczy w kościele i nie będę już Go odwiedzać..... Nawet miałam pretensje do Mateńki, że się nim nie opiekowała. I mówiłam Jej: przecież tatuś zawsze mówił, że się o wszystkich troszczysz, że wszystkich kochasz - a to jest nieprawda. Nie kochasz mnie. Nie kochasz!
Na dodatek dowiedziałam się po śmierci mojego taty, że tydzień po mojej komunii zmarła moja matka chrzestna. To był kolejny cios dla mnie. Nie byłam na jej pogrzebie, bo z tego wszystkiego zapomniała nas jej rodzina powiadomić. Czułam się jeszcze gorzej.
Zbliżały się pierwsze święta Bożego Narodzenia - bez mojego taty. Byłam tak zła na Chrystusa, że nawet nie poszłam Go przeprosić w sakramencie pojednania.
Nie chciałam Go znać. Nie chodziłam do kościoła. Nic i nikt nie był w stanie mnie do tego zmusić abym przekroczyła drzwi Świątyni. Nawet w tym radosnym czasie.
W wigilie usiadłam za stołem, ale nie obchodziły mnie święta. Miałam ich dość i czekałam, kiedy się skończą. Nawet podarunki od najbliższych mnie nie cieszyły. Nie chciałam ich… . Moi bliscy pytali się przed świętami, co chce na święta. Moja odpowiedz brzmiała, że chce do taty, chce z nim być. Nie chce prezentów i tak je wyrzucę.
I tak tez zrobiłam… Wszelkie słodycze i pluszaki oddałam bratu, a ubrania siostrze ciotecznej. Nie chciałam ich, bo dla mnie świąt nie było. Nie cieszyło mnie nic.
Pomimo to, Jezus nie zapomniał o mnie - choć to pewnie ja o Nim zapomniałam.
I tak przez kolejne lata...(a dokładniej od 09. 1996 do 05. 1999)
Gdy mama próbowała mnie namówić na pójście do kościoła, krzyczałam, płakałam i tak stawiałam na swoim - nie szłam.
Nagle coś we mnie pękło. Ciocia (siostra mamy, która mieszka pod Łowiczem) zadzwoniła do nas i pytała się czy chcemy, żeby wzięła dla nas wejściówki na przyjazd Ojca Świętego Jana Pawła II do Łowicza. Mamy odpowiedz zabrzmiała, że tak, ale jedną, bo ja na pewno nie pojadę. Słyszałam tą rozmowę, gdy mama skończyła nie wiem, czemu, ale powiedziałam jej, że też chce jechać na spotkanie z Ojcem Świętym - JP II. Sama nie wiedziałam, czemu to powiedziałam...
Właśnie tego dnia poszłam po raz pierwszy od kilku lat do kościoła. Nie zostałam na mszy, bo to już było by za dużo, ale przeprosiłam Pana Jezusa i Mateńkę. To był cud. Przestąpiłam próg kościoła, uklękłam przed Panem Jezusem i nie wiem, czemu(tzn. wtedy nie wiedziałam) płakałam. Teraz już wiem to były łzy radości, że wróciłam a jednocześnie łzy smutku, że tak późno i po tak długim czasie po raz pierwszy poszłam spotkać się z Panem.
Dużymi krokami zbliżała się pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny. Zaczęłam myśleć o przygotowaniu (bo przecież nie mogłam iść na spotkanie bez prezentu). Miał być najwyższy kapłan na ziemi, Piotr naszych czasów, który chciał razem z nami przeżywać ten niesamowity dar Eucharystii, a ja miałam iść nie przygotowana... Podjęłam decyzje. Poszłam do spowiedzi. Wyszłam inna, czysta, nowa, odmieniona. Na spotkaniu z papieżem przyjęłam Jezusa. To było moje pierwsze pojednanie. On po długim czasie zamieszkał we mnie. To było niesamowite przeżycie.
A w dodatku ten głos po mszy: Pójdź za mną. Moje dziecko wróciłaś, teraz idź za mną.
Ale odrzuciłam te słowa, czym prędzej. Ja mam iść za Zbawicielem... Ja... Taki grzesznik. Nic z tego. Nie ma mowy. Przecież jest tyle oddanych ludzi, niech oni idą...
To był mój pierwszy krok. Zbliżyłam się minimalnie do Pana, ale mu jeszcze nie zaufałam. Jeszcze nie byłam gotowa, aby częściej chodzić do Kościoła. A pyzatym miałam nadzieje, że już nigdy nie usłyszę tych słów...
Po spotkaniu z Ojcem Świętym, tak jak do tej pory nadal nie chodziłam do kościoła, ale zdarzało mi się sięgnąć po Pismo Święte, czy powiedzieć parę słów do Pana.
W kościele po raz drugi pojawiłam się dopiero we wrześniu, na mszy za mojego tatę, a później dopiero w święta Bożego Narodzenia. Ale pomału czułam, że coś zaczyna się we mnie dziać. Zaczęłam doświadczać działającego Boga w moim życiu. Zaczynałam o nim pamiętać jak wstawałam i jak kładłam się spać. Zaczęłam coraz częściej czytać Jego Słowo. Przed świętami Bożego Narodzenia byłam u spowiedzi. Sama siebie nie poznawałam. Następnym razem po świętach Bożego Narodzenia poszłam do kościoła w Środę Popielcową. Na niej postanowiłam, że przyjdę, chociaż na jedną Drogę Krzyżową. Poszłam na pierwszą, drugą, trzecią... i tak aż do świąt Zmartwychwstania. Byłam na rekolekcjach szkolnych. Nie byłam na żadnej mszy w okresie Wielkiego Postu (oprócz Środy Popielcowej), ale Drogi Krzyżowe i rekolekcje, były dla mnie niesamowitym przeżyciem. Zaczęłam utożsamiać się z Jezusem. Zaczęłam myśleć, o tym, co On przeżywał, jak On nas kochał, że oddał za nas Życie.
I przyszły święta. Były one inne od tych dotychczasowych, po śmierci mojego taty. Nie dość, że byłam na Eucharystii w święta, to się do nich w jakiś sposób przygotowywałam.
Po świętach może nie regularnie, ale starałam się przychodzić na niedzielną Msze świętą.
Moje życie stawało się inne. Zaczęłam czuć się kochana przez Jezusa, zaczęłam czuć Jego obecność w moim życiu. Chociaż nadal Mu nie ufałam bezgranicznie.
I przyszedł początek II kl.Gimnazjum. Nauczyciele katecheci zaczęli wspominać o sakramencie Bierzmowania. Ja wiedziałam, że nie mogę jak niektórzy "iść, bo idą inni". Chciałam, żeby to była w pełni świadoma i dojrzała decyzja.
Dałam sobie warunek przed Panem, ale nie zmuszałam siebie do niczego. Postanowiłam spróbować otworzyć się na Jezusa, chciałam mu zaufać. Chciałam naprawdę być przygotowana i dojrzała, do tego niesamowitego sakramentu.
I wtedy się zaczęło... Byłam, na każdej niedzielnej Eucharystii, modliłam się w domu, czytałam jeszcze więcej Pisma Świętego... Czułam, że Pan jest przy mnie, że zaczynam otwierać moje serce na Miłość Chrystusową. I to wszystko z pragnienia bycia bliżej Pana - a nie przymusu.
Zaczęłam uczestniczyć nie tylko w Eucharystii niedzielnej, ale również w dni powszednie. Pamiętałam o codziennej modlitwie, odmawiałam różaniec, koronkę, uczestniczyłam w nabożeństwach.
I przyszła III kl.Gim. Czas prawdziwych przygotowań, min. Spotkań w kościele.
Wiedziałam, że mogę przystąpić do tego niezwykłego sakramentu. Czułam, że naprawdę jestem przygotowana i odmieniona. Czułam obecność Pana.
Gdy bp. namaścił moją głowę, jako pierwszą olejem Krzyżma i wypowiedział słowa: "Przyjmij znamię daru Ducha Świętego", po odejściu od J.E. usłyszałam znowu słowa: Pójdź za mną.
Ten głos powracał z coraz większą siłą. Serce śpiewało z wdzięczności...
Uciekałam od tych słów, ale nadal coś mnie ciągnęło, coś się w sercu budziło, ale nie chciałam tego słyszeć. Tylko nie ja!...
Znowu zaczęłam z nimi walczyć. Tłumaczyłam się, że jest tyle wspaniałych ludzi, podawałam przykłady moich bardzo wierzących koleżanek i pytałam się, czemu ja...
Myślałam, że będę do końca życia z moim ukochanym chłopakiem a pomimo tego, że z nim byłam nadal słyszałam Jego słowa. Rozstałam się z nim w wielkiej przyjaźni, ale nadal walczyłam z tym głosem, który się we mnie odzywał, buntowałam się. Panie Boże - mówiłam - przecież ja się do zakonu nie nadaję, kto by tam ze mną wytrzymał!
Bałam się, czułam się niegodna. Tam pewnie trzeba być świętą, a ja...?
Walczyłam z Nim przez kilka miesięcy. Aż w końcu poddałam się. Oddałam mu się całkowicie i powiedziałam: Zrób z moim, życiem wszystko, co uważasz, za słuszne.
Przecież On powiedział:
"Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał" (J 15, 16).
Jezus zaprasza na ucztę miłości, zwraca się do każdego człowieka: "Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. " (Ap 3, 20). Do wspólnego z Nim ucztowania i świętowania zaprasza dobrych i złych, doskonałych i przeciętnych, wielkodusznych i zalęknionych. Zaprasza na wieczną ucztę w niebie. Nie każe jednak czekać na tę ucztę aż do śmierci, dając obietnicę: Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.
"Tylko On rozumie do końca tajemnicę naszych serc, myśli i marzeń i tylko On potrafi pokochać nas miłością zbawiającą i przemieniającą nas w nowych ludzi: świętych, silnych i szczęśliwych. Dlatego warto słuchać bardziej Boga niż ludzi. Warto też słuchać bardziej Boga niż samego siebie: niż własnego ciała, własnych przekonań, emocji czy marzeń. " (M. Dziewiecki, Dla maturzystów, w: Posłani, aby służyć, Legnica 2003, s. 17)
Nie miałam siły już walczyć. Wydawało mi się, że jak się poddam będę przybita, smutna a było odwrotnie. Byłam radosna, pogodna, spokojna, wyciszona i czułam się wspaniale.
Na mojej drodze stanął ks.Zbigniew. Był moim najpierw spowiednikiem, później kierownikiem duchownym. Rozmowy z nim wiele mi dały. Pozwoliły mi jeszcze bardziej i dogłębniej zrozumieć Słowa Chrystusa. Był przyjacielem i powiernikiem. Prowadził mnie po ścieżkach Pana.
W wakacje 2004 roku poszłam na pielgrzymkę młodzieżową. Ofiarowałam Mateńce moje życie, rodzinę, znajomych. To były pierwsze takie moje rekolekcje (po za rekolekcjami Wielkanocnymi). Rekolekcje w drodze. Pomimo bólu, zmęczenia czułam się niesamowicie.
Coraz bardziej przylegałam do Jego krzyża, coraz bardziej byłam od Niego "uzależniona", ale czułam się coraz lepiej. Jego Miłość była nareszcie we mnie. Zaczął stawać się moją pasją, radością i życiem.
Później (2005r) dziwnym zbiegiem okoliczności trafiłam do Zgromadzenia Sióstr... Na początku zastanawiałam się ca ja tam robie... Dlaczego ja tu przyjechałam... Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. W życiu nie przypuszczałam, że dobrowolnie pojadę do zakonu.
Pan mną kierował.
Poszłam do kaplicy i … to było to. Czułam się jak w domu. Jak bym wróciła do domu rodzinnego po długiej nieobecności... Po raz kolejny, właśnie tam usłyszałam słowa: Pójdź za mną.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że moje Życie jest przy Panu Jezusie.


Aleksandra, 20.04. 2006 r.