Jaki jestem? Chciałbym jakoś przyłożyć starań do powstania działu ze świadectwami Wiary i dlatego postaram się opisać moją drogę do Boga, która nie należy do łatwych, a może to ja nie należę do osób, które są konsekwentne i ciągle są jak chorągiewka na wietrze.

Ciężko jest mi o tym wszystkim pisać, bo nie były łatwe to przeżycia, których ja doświadczyłem, ale postaram się jak najlepiej.

Pamiętam to wszystko doskonale. Dwójka dorosłych ludzi, czyli moi Rodzice u progu życia i małe dziecko, chłopczyk, którego życie właśnie się zaczęło, czyli ja. Stali wpatrzeni w przestrzeń przed nimi. Wsłuchiwali się w słowa wypowiadane przez Księdza, na niedzielnym kazaniu. Panował spokój i cisza. Wszystko było jakby w zwolnionym tempie. Podałem swojemu tatusiowi mały samochodzik, którym się bawiłem taki zielony pamiętam go do dzisiaj, a miałem wtedy 4 lata to chyba dziwne, bo mało kto pamięta zdarzenia z tamtego okresy swojego życia. Pragnąłem, aby mój ojciec zwrócił na mnie, choćby odrobinę uwagi i podarował mi jeden uśmiech. Ale on milczał. Jedynie udawałem, że jestem tam gdzie jestem, podczas gdy tak naprawdę marzyłem o jednej chwili samotności. Tak na chwile samotności, bo mój Tata swoim zachowaniem skazywał na samotność mnie i moja Mamę i całą swoją rodzinę. Mama zauważa łzy w moich oczach i wzięła mnie za rękę mówiąc żebym nie płakał, bo jestem już duży i nie wypada. Obiecywała, że będzie dobrze. Miała zniszczoną cerę. Wyraz jej twarzy ulegał zmianie, a pogoda ducha ustępowała miejsca wściekłości i smutkowi. Po chwili i Tata powiedział "Będzie dobrze" - to kłamstwo. Za wiele razy okłamywał mówiąc, że będzie dobrze, a teraz okłamuje swojego syna. On potrafił "zabić" swoim milczeniem i brakiem zainteresowania. Każdego dnia sprawiało im to ogromny ból, ból ciszy. Miał tak wielki skarb - miłość osób, które były by gotowe oddać wszystko choćby za jeden nic nieznaczący uśmiech. I traci ten piękny skarb. Nie wiem czy wiedział o tym zawsze, kiedy patrzył w wilgotne i zapłakane oczy swojej żony i moje. To moje pierwsze doświadczenia z miłością Pana wiem, że byłem wtedy małym chłopcem i mało rozumiałem z tego, co Ksiądz mówił. Można powiedzieć, że wcale tego nie słuchałem, chodziłem do Kościoła, bo Rodzice chodzili a ja nie miałem nic do gadania.
W wieku 11 lat byłem ministrantem, ale przez bardzo krótki okres czasu, a to z powodu mojego pierwszego upadku z którego dość szybko się podniosłem. Odwróciłem się od Boga, od Kościoła, od Modlitwy. Zaniedbałem wszystkie obowiązki, które kiedyś były dla mnie czymś bardzo ważnym i bez których nie mogłem normalnie żyć. Jednak patrząc na to z perspektywy czasu wszystko ma małe znaczenia w porównaniu do tego, co przechodzę teraz.
Na pewno duże znaczenie ma tu odejście mojego Taty. Pamiętam ten dzień, kiedy wszystkie marzenia i nadzieje uległy wypełnieniu i ostatnia rzecz, jaką można było zrobić, została zrobiona. To już 7 lat jak nie widziałem swojego Taty, nie mam żadnego sygnału od niego, nie wiem gdzie mieszka, gdzie pracuje w jakim mieście, czy może jest teraz z kimś, czy żyje? Pełno pytań bez odpowiedzi. Zaczyna mi go coraz bardziej brakować i powoli tracę siły, aby o to wszystko pytać.
A pytam mojego Zbawiciela, który milczy. Powoli tracę nadzieje we wszystko. Zaniedbuję moje obowiązki związane z moją rozmową z Bogiem. Modlitwę traktuję bardzo płasko jako formułkę, którą odmawiam, by "ktoś" tam na górze odznaczył, że się dzisiaj modliłem. Wiem, że to wszystko jest grzechem, ale nie mam siły, nie mam oparcia, nie mam już nic. Kiedyś modliłem się do Boga poprzez swoją własną rozmowę z Nim, cos w rodzaju takiego dialogu. Potrafiłem się uśmiechnąć idąc do Komunii Świętej, bo wiedziałem, że ten uśmiech kiedyś do mnie powróci, lecz nie wracał, albo ja go nie dostrzegałem. Wiem, że Pan jest nade mną i ciągle wierzy tylko czy ja będę miał wystarczająco wiele siły, aby dźwignąć ten krzyż? Tłumaczę sobie to wszystko, że te kłody, które Bóg rzuca mi pod nogi to stopnie, aby piąć się ku górze ku Niemu, ale czasami i w to wątpię. Szukam pomocy w Wspólnocie Krwi Chrystusa w Ożarowie Mazowieckim, byłem tam raz na skupieniu i raz na czuwaniu niby mi to pomogło, ale po powrocie do domu wszystko wracało. Rozmowy z księdzem z animatorami z innymi ludźmi dużo mi dały będąc w Ożarowie, ale tu w Płocku to tak jakby inny świat, inne życie mimo iż wiem że jest takie samo. Droga krzyżowa (7 przelań krwi Chrystusa), adoracja przed krzyżem, Jutrznia, Msza święta, Różaniec wszystko to gdzieś odeszło, zatarło się. Nie widzę w tym wszystkim głębszego sensu po powrocie do Płocka. Tam w Domu Misyjnym było wszystko inaczej, czułem tak jakąś moc Chrystusa, czułem Jego obecność.
Miało to byś moje świadectwo a zmieniło się w list pełen zwątpienia i beznadziejności. Doszukiwałem się przyczyn i znalazłem. Na pewno odejście mojego Taty i niedawno odejście mojego Bieszczadzkiego Aniołka, który zniknął jak światło latarni morskie, które gaśnie w oczach zabłąkanego rybaka. Zgasło i zbłądziłem.... na jak długo tego nie wiem........ i chyba tylko Pan Jezus może to wiedzieć, mam nadzieję że odnajdę drogę do szczęścia jakim jest Jezus Chrystus i będę mógł kiedyś napisać Księdzu coś bardziej radującego serce, bo to co napisałem to......... a zresztą niech Ksiądz zrobi z tym co chce. Może i nie jest to moje świadectwo wiary, ale może innym razem postaram się je napisać, bo przecież świadectwo wiary to droga, którą przeszliśmy, aby być razem z Bogiem, a ja chyba teraz jestem obok Niego. Mimo iż On jest tuż za moimi plecami, bo czasem coś mi szepnie, coś podpowie i wejdę do Kościoła i powiem Mu, że jest to pięć minut dla Ciebie Panie. Posiedzę, pomodlę się, pomyślę nad tym wszystkim i pójdę dalej. Staram się jak mogę nie odtrącać tego, co mi On dał, daje i mam nadzieje, że będzie dawać dalej.


Paweł z Płocka