I znowu jest adwent w Twoim Kościele, Boże... Sam Znów wracamy do modlitwy tęsknoty i wyglądania, pieśni nadziei i obietnicy. Wszelka niedola ludzka, wszelki niedosyt, całe wierzące oczekiwanie zbiega się znów w tym jednym słowie: "Przybądź". Nie zwlekaj. Jakaż przedziwna modlitwa. Bo przecież już przyszedłeś, już rozbiłeś między nami swój namiot. Przecież podzieliłeś już całe nasze życie, z jego małymi radościami i długą codziennością, i goryczą końca. Czyż możliwe, byśmy wzywali Cię naszym "przybądź" jeszcze do czegoś więcej? Czy mógłbyś tym Twoim przyjściem przyjść jeszcze bliżej, niż już przyszedłeś przez wejście tak głęboko w naszą zwykłość, że nie mogliśmy Cię niemal odróżnić od zwykłych ludzi? A przecież ,Boże nasz, któryś nazwał siebie Synem Człowieczym, mówimy Ci wciąż, modlimy się ciągle: "Przybądź". I ta prośba płynie nam tak samo szczerze z serca, jak niegdyś patriarchom, królom, prorokom, którzy dzień Twój widzieli tylko z oddali i z oddali doń tęsknili. Czy tylko obchodzimy adwent, czy może to jest ciągle adwent, wciąż jeszcze? Lecz czy przyszedłeś tedy rzeczywiście? Czy przyszedłeś sam jako Ten, którego mieliśmy na myśli przyzywając tęsknotę Nadchodzącego, a był On Bogiem mocnym, ojcem przyszłych wieków, księciem pokoju, światłem, prawdą i wiekuistą szczęśliwością? Już na pierwszych stronach Pisma świętego obiecane zostało Twoje przyjście. A na jego stronicy ostatniej, do której już nic dodane być nie może, jest wciąż modlitwa: "Przyjdź, Panie Jezu".

Czy jesteś wiecznym Adwentem, który nadchodzi zawsze, a nigdy nie przychodzi tak, by już całe oczekiwanie stało się spełnieniem? (...)

Mówisz mi, że to już Ty przyszedłeś rzeczywiście. Że Twoje imię jest Jezus, Syn Marii, i że wiem przecież, w jakim miejscu i czasie mogę Cię znaleźć. Wybacz mi Panie, ale przyszedłeś, czy też raczej szedłeś tylko? Oblokłeś się w postać sługi i jako jeden z nas, jak pierwszy lepszy człowiek, wstąpiłeś, Boże ukryty, w nasze szeregi, cicho i niepostrzeżenie, wstąpiłeś i – wyruszyłeś z nami. Z nami, którzy właśnie idziemy wciąż i nie przychodzimy nigdy, bo dokądkolwiek dojdziemy, to tylko po to, aby znowu wyglądać kresu, końca. Wszak wołamy wciąż: "Przybądź". Przyjdź Ty, który nie idziesz nigdy, bo Twój dzień nie zna wieczorów, a Twoja rzeczywistość – zakończeń. Przyjdź sam, bo bez Ciebie idziemy zawsze tylko do jakiegoś kresu. (...)

Ale jak przyszedłeś i co uczyniłeś? Przyjąłeś życie ludzkie i zrobiłeś je swoim życiem, stałeś się jako i my we wszystkim: zrodzony z kobiety, umęczony za Poncjusza Piłata, ukrzyżowany, umarły, pogrzebany. Podjąłeś właśnie to, przed czym my – uciekamy, to, co według naszych mniemań miało się skończyć przez Twoje przyjście: nasze życie, które jest niemocą, skończonością i śmiercią. I podjąłeś to człowieczeństwo nie po to by je przeobrazić albo wytępić, widzialnie, namacalnie przemienić i ubóstwić, czy przynajmniej przepełnić aż do przesytu dobrami, które ludzie – jak swoją małą wieczność – wydzierają wąskiej i kamienistej roli doczesności z takim mozołem i w tak skąpych dawkach. Nie zrobiłeś nic takiego. Przyjąłeś nasze życie takim, jakim jest. Zechciałeś, by upływało tak jak nasze na tej ziemi. Dobrałeś je przezornie, by nie była oszczędzona ani kropla jego męki, jego przygniatającego zacieśnienia, dopóki wszystko nie będzie odcierpiane aż do końca. I przez Twoje życie przetoczył się przeraźliwy, bezlitosny walec ślepej natury i widzącej złości ludzkiej. (….)


Karl Rahner "O możliwości wiary dzisiaj"