Chcę Ci dziś mówić o mojej modlitwie, Panie... Sam I choć zwykle, jak mi się zdaje, niezbyt słuchasz, co próbuję Ci powiedzieć, to tym razem, tym jednym razem usłysz moje słowa. Ja wiem, Boże: cóż dziwnego, że wszystko spada tak daleko od Ciebie. Przecież sam często nie słucham wcale, co mówię. Przecież to zwykle dla mnie po prostu „zadanie” do odrobienia, pańszczyzna, którą znoszę, i cieszę się, jak już to mam za sobą. To przy moim „zadaniu” jestem naprawdę w czasie modlitwy, zamiast - modląc się - być przy Tobie. To jest prawda. Takie jest moje modlenie się, przyznaję. Lecz, mój Boże, trudno mi nawet wzbudzić żal, że jest takie, że jest żadne. Jakże człowiek mógłby w ogóle mówić z Tobą? Jesteś tak odległy, tak niepochwytny. Gdy się modlę, jest mi tak, jakbym rzucał słowa, jedno po drugim, w głąb ciemności, z której żadne echo nie wraca nigdy, by być wieścią, że modlitwa doszła do dna, do Twego serca. Całe życie tak się modlić, rzucać słowa, nigdy nie mając odpowiedzi – czy to nie za wiele, Panie, jak na mnie? Czy mnie rozumiesz, gdy wciąż odbiegam od Ciebie myślą i w istocie mówię z ludźmi, rzeczami, z czymś, co daje mi jakąś odpowiedź?(…)

A może słuchasz jednak z uwagą, słuchasz długo, od mego urodzenia aż do śmierci, aż Ci wypowiem całego siebie, aż całe życie będzie wypowiedziane? Może milczysz właśnie, bo czekasz, wsłuchany we mnie, kiedy będę naprawdę gotów, by mi wtedy rzec wreszcie Twoje słowo, słowo wieczności? By żałosny monolog całego życia, w nieustępliwym mroku świata, znalazł wtedy dopiero kres w olśniewającym słowie żywota wiecznego, które powiesz mi wprost w serce? Czy więc całe moje życie jest w gruncie rzeczy jednym krótkim aktem strzelistym, a wszystkie moje modlitwy tylko jego oprawą w ludzkie słowa? Czy odpowiedzią wiekuistą na ten strzelisty akt życia jest wieczne posiadanie Ciebie? Może Twoje milczenie, gdy się modlę, jest mową obietnic nieskończonych, może jest słowem bardziej brzemiennym w treści przechodzące nasze pojęcie niż wszelkie głośne słowo, które mógłbyś dziś powiedzieć skończoności mego ciasnego serca, czyniąc je przy tym- tak jak to serce – małym i ubogim?(…)

Bo jeśli to moje życie ma być jedną modlitwą, a modlenie się tylko jego cząstką, która wznosi się w czci przed Twoje oblicze, to trzeba też przecie, abym umiał właśnie złożyć Ci samo życie, samego siebie. A to widzisz – jest ponad moje siły. Gdy się modlę, mówią usta, a jeśli modlę się „dobrze”, to również myśli i postanowienia wykonują z ochotą swą nakazaną przez Ciebie i wyuczoną rolę. Czy naprawdę jednak „samym sobą” się wtedy modlę? A mam przecież modlić się nie słowami, nie myślami, nie postanowieniami, lecz samym sobą. Dobra wola należy jednak za bardzo do zewnętrznych powierzchni duszy, jest za słaba, by przeniknąć aż do głębokich warstw jestestwa, gdzie jestem już sobą, gdzie ciemne wody mego życia wznoszą się i opadają, posłuszne własnemu prawu. Jakże mało mam władzy nad samym sobą! Czyż więc Cię kocham, kiedy chcę, bym Cię kochał? Miłość ma przecież być zatopieniem się w Tobie, poddaniem Ci siebie aż po najgłębsze dno. Ma być wydaniem ostatnich bastionów serca, otwarciem najbardziej wewnętrznej komnaty duszy, a ja przecież nie umiem otworzyć jej bram, sam stoję bezradny i bezsilny wobec własnej tajemnicy, która trwa – ciężkim głuchym bezruchu – gdzieś w głębinie, gdzie nie dociera już moja wolność codzienna(…)


Karl Rahner „O możliwości wiary dzisiaj”